niedziela, 9 marca 2014

[K] Gdybym miał wybór między papieżem a klimatyzacją: wybrałbym klimatyzację.

Carey Heffernan
15/3/89. Derry, Ulster, Ireland.
Czarna owca w rodzinie

Miał być światowej sławy inżynierem, zamiast tego - na złość ojcu - zaczął grać na trąbce. I nie przestał, chociaż prośby i groźby osiągnęły apogeum. W ramach międzynarodowej resocjalizacji, na studia wyjechał do siedzącego w Toronto brata, który z kolei - również na złość ojcu - został gejem. I muzykiem też. Resocjalizacja nie wychodzi, więc każdego dnia spowiada się przez internet, kłamie w żywe oczy i dorabia w jednej z jazzowych knajpek. Pewnie pieniędzy z tego nie będzie, więc dziękuje Bogu za miłą starszą sąsiadkę, która każdego dnia zaprasza go na obiad, ciasteczka i opowieści z krypty o czterech pochowanych mężach. Carey nie ma planów na przyszłość, nie ma nawet planów na najbliższy weekend, bo plany są po to, żeby nic z nich nie wychodziło. Ładuje się w kłopoty, tęskni za rodzinnymi stronami i zawsze wpada z niezapowiedzianą wizytą wtedy, kiedy nie powinien. 
___
JGL, wątki, powiązania :)

6 komentarzy:

  1. [Raz, dwa, trzy, zaczynasz ty, niepokorny chłopcze xD]

    OdpowiedzUsuń
  2. [dzień doberek xD fajną musi mieć tę sąsiadkę xd]

    Stephen.

    OdpowiedzUsuń
  3. [no jasne! może niech już się znają? na przykład razem kiedyś wpakowali się w kłopoty i tak już zostało? i teraz Carey wpada do Stephena z niezapowiedzianą wizytą? xd]

    Stephen.

    OdpowiedzUsuń
  4. [Witam nowego kolegę. Muzyk, fajno... Ja też chcę usłyszeć historię o czterech pochowanych mężach xD Może jakiś wąteczek? xD ]
    Jack Collins

    OdpowiedzUsuń
  5. [ Myślę, że pomysł jest dobry :3 To kto zaczyna? Chcesz ty, czy mam ja? Dla mnie bez znaczenia xD ]
    Jack

    OdpowiedzUsuń
  6. Jack z uśmiechem żegnał pracowników teatru. Uwielbiał pracować z tymi ludźmi. Teraz zostało mu już tylko studio nagrań. Szczerze nienawidził grać nudnym serialu, ale musiał jakoś zarabiać. Nie mógł też mieć do nikogo o to żalu. Po kilkunastu, albo i kilkudziesięciu, naprawdę dobrych filmach, gdy miał drogę kariery na wprost, on wrócił tu. Do miejsca, które nie dawało żadnych perspektyw. Przewiesił zużytą torbę przez ramię, założył podniszczony kapelusz na głowę i opuścił budynek. Słońce stało wysoko na niebie, a on miał tylko dwie godziny sielanki. Podrapał się w szyję i z ciężkim westchnieniem ruszył ulicą. Zamierzał dopaść swoją ulubioną knajpkę i posilić się naleśnikami. Takimi wielkim, napchanymi marmoladą do oporu, z cukrem pudrem na wierzchu. Uniósł prawy kącik ust i ruszył w sobie tylko znanym kierunku. Toronto wcale nie próbowało go pocieszyć. Był dzieckiem tego miasta, więc nie mógł się tego czepiać. Czuł się przykuty do tego jednego miejsca na ziemi, chodź pragnął wyjechać i nie czuć żadnych wyrzutów. Zatrzymał się nagle na środku ulicy i powoli zawrócił. Z silnym postanowieniem odwiedzenia grobów rodziców ruszył do zakładu pogrzebowego.
    - Jeśli tam nie będą wiedzieć, to tylko ksiądz mi zostanie.
    Jednak nie doszedł nawet do zakładu. Jego postanowienie rozprysło się na wszystkie strony, gdy ramieniem zderzył się z jakimś mężczyznom.
    - Przepraszam - wydukał i miał zamiar iść dalej, ale już kompletnie nie wiedział gdzie.
    Kątem oka nadal obserwował mężczyznę. Dość krótko obcięty z radosną twarzą. Nawet nie chodziło o uśmiech, czy coś w tym stylu. Jack po prostu stwierdził, że dobrze patrzy mu z oczu i że musi to być człowiek radosny. Ów mężczyzna patrzył za Collinsem z szeroko otwartymi oczyma. Jakby go znał. Ale Jack nie znał jego.
    "Wybacz stary, nigdy cię nie wiedziałem" pomyślał.

    [ To wielkie ufff, szczerze powiem. Bo już myślałam, że C. już nie chce wątku. No to zaczęłam :) ]

    OdpowiedzUsuń